Wabi-sabi – wadliwe piękno

To, co najpiękniejsze, odsłania czas. On jest najbardziej twórczym artystą w tym sezonie. A więc pielęgnuj niedoskonałości, ponadczasowe materiały, unikatowe projekty. Życie na wysoki połysk odchodzi do lamusa. Doceń to, co wokół ciebie – i bądź wabi-sabi!

2018-08-14 15:31:54

Proste, drewniane krzesło. Składane, szare, nieciekawe. Zwykłe. W dodatku mocno nadszarpnięte zębem czasu. Pewnie przeszlibyśmy koło niego obojętnie, gdyby coś nie zwróciło naszej uwagi. Głębokie pęknięcia wypełnione… złotem. Wyglądają jak drobne rany, które ktoś czule opatrzył, żeby lepiej się goiły. Spoglądamy jeszcze raz, ale już nieco inaczej. Wciąż to samo krzesło, ale inna jakość. No właśnie. A teraz cofnijmy się sześćset lat wstecz, do japońskiego Kioto. Szogun Yoshimasa Ashikaga właśnie stłukł ulubioną czarkę do parzenia herbaty. Po kilku dniach otrzymał z powrotem naczynie – misternie poskładane i spojone mieszanką laki i sproszkowanego złota. Tak narodziła się japońska sztuka kintsugi, czyli umiejętność darowania drugiego życia starym, wysłużonym naczyniom.

Kilka lat temu sztuka ta zainspirowała Felixa Sloana, brytyjskiego dekoratora wnętrz, a prywatnie syna jednej z najbardziej znanych i cenionych ekspertek od farb i kolorów – Annie Sloan. Zapewne pod wpływem tej pięknej japońskiej historii stworzył kolekcję poranionych krzeseł i stołków, a nazwał je „Gilding” (ang. złocenie). Jak to zrobił? Wpadł na genialny i bardzo prosty pomysł: zniszczone meble oczyścił, pomalował na kolor gołębiej szarości Paris Grey, a najgłębsze bruzdy i pęknięcia wypełnił płatkami złota. Wykorzystał do tego łatwe w użyciu, dostępne dla każdego produkty Annie Sloan – jej kultową farbę Chalk Paint™, szlagmetal imitujący płatki mosiądzu oraz klej Gold Size. Efekt? Fantastyczny! Wystarczy nanieść pędzlem na powierzchnię mebla cienką warstwę kleju i nałożyć złote płatki, żeby zwykłe, niewyróżniające się niczym szczególnym krzesło awansowało do rangi dzieła sztuki.

Podążanie za skazą

Japońska sztuka kintsugi mówi, że blizny mogą być piękne. Nam, Europejczykom wychowanym według zasad dążących do idealnej symetrii i doskonałości, takie stwierdzenie może się wydać dość zaskakujące. Przedmioty ze skazą po naprawieniu stają się jeszcze piękniejsze niż były wcześniej? A jednak tak.

Kintsugi wpisuje się w nurt estetyki, a właściwie filozofii japońskiej nazywanej wabi-sabi. O tym egzotycznie brzmiącym zjawisku jest ostatnio coraz głośniej. Czym jest? Z pewnością nie orientalną potrawą, tak bowiem niektórym się kojarzy, ani nie japońską sztuką walki.

Według Leonarda Korena, amerykańskiego artysty i eksperta z dziedziny estetyki, tę wielowiekową myśl można określić jako „najbardziej charakterystyczną cechę tradycyjnego japońskiego piękna, która zajmuje taką samą pozycję w japońskim panteonie wartości estetycznych, co greckie ideały piękna i doskonałości”.

Dwa słowa: wabi i sabi. Zdawałoby się, że bez siebie nie istnieją. Choć każde oznacza co innego, to właśnie razem tworzą jedną wartość. Nie dają się jednak tak łatwo zdefiniować. Spróbujmy to mimo wszystko zrobić w dużym skrócie.

Wabi oznacza prostotę, umiejętność życia w samotności i w zgodzie z naturą. Sabi to piękno wynikające z upływu czasu, pogoda ducha, która przychodzi z wiekiem. Kiedy uroda zaczyna pokrywać się patyną, wyłania się spod niej to, co autentyczne, szczere, czyli piękno tkwiące w pozornej niedoskonałości. Ta koncepcja znalazła u nas ostatnio praktyczne zastosowanie w świecie designu i pięknych wnętrz. Dlaczego nie spróbować odnaleźć zatem niektórych jej wartości w naszych domach?

Zniszczenie czy może nowe znaczenie?

W buddyjskim rozumieniu wszechświata wabi-sabi to wyzwolenie z materialnego świata i transcendencja do prostszego życia. W myśl tej koncepcji nauczmy się zatem doceniać to, co mamy, zaakceptujmy to, co nas otacza, takim, jakie jest, bez upiększania i sztucznej politury. Otaczajmy się tylko tym, co jest nam niezbędne. Stawiajmy na projekty unikatowe i niepowtarzalne, zrywające z seryjnością. Mebel, który jest gadżetem, już dawno przestał wystarczać. Liczy się wyjątkowość i indywidualność. Ważny staje się materiał, proces tworzenia i człowiek, który bierze w nim udział.

Tezę tę popierają także projektanci, którzy coraz częściej zaczynają doceniać ręczną robotę i naturalne materiały. My również starajmy się wybierać takie, które przetrwają lata i długo będą cieszyć swoim ponadczasowym pięknem. Szlachetne drewno z widocznymi sękami, nieoszlifowany kamień, szorstki w dotyku len, miękką wełnę… Pięknie się zestarzeją bez retuszu, bez udawania. Spękane ściany i nadszarpnięte zębem czasu meble będą przypominać o historii miejsca, wyszczerbione naczynia i przetarte tkaniny dodadzą wnętrzu wyjątkowego klimatu. To fascynujące, ponieważ wygląda trochę tak, jakby proces tworzenia rozgrywał się na naszych oczach. Czas odkrywa ułomności, ale w niedociągnięciach widać pewien zamysł, który nadaje głębszy metaforyczny sens temu upływającemu czasowi.

Jak to się ma do pojęcia luksusu?

Brytyjska projektantka mody Vivienne Westwood powiedziała kiedyś: „Buy less, choose well”. I jak zwykle trafiła w samo sedno. Wraz z pojawianiem się nowych tendencji luksus powoli zaczyna przechodzić proces transformacji. Wydajemy fortunę na niepotrzebne przedmioty, podczas gdy na świecie ludzie giną z głodu, a Ziemi grozi efekt cieplarniany… Żeby nie dopuścić do globalnej katastrofy, niezbędna jest oszczędność. Coraz więcej projektantów opowiada się za zrewidowaniem pojęcia luksusu i zastąpieniem konsumpcji wiedzą i odpowiedzialnością.

Co za tym idzie? Zapotrzebowanie na produkt autentyczny, lokalny, jedyny w swoim rodzaju, stworzony starannie i z czułością. Przemawiający do wszystkich naszych zmysłów. Ludzie, także w Polsce, chcą wreszcie mieszkać w domach spersonalizowanych, urządzonych osobiście, a nie jak z katalogu. Mieszkanie musi być azylem, w którym otoczeni ulubionymi meblami i przedmiotami będziemy czuć się bezpiecznie i komfortowo. Nie wyrzucajmy starych mebli. Pozwólmy im się zestarzeć. One chcą być szczere, bez zadęcia i ostentacji. Im bardziej wysłużone, tym piękniejsze. Każda rysa, każdy ślad, każde pęknięcie ma przecież swoją historię. Jest jak blizna na ciele, która przywołuje wspomnienia. Sprezentuj im drugą młodość, a pięknie ci się odwdzięczą. Najprostszym sposobem jest podarowanie im nowego koloru.

Dawne życie w nowych barwach

Projektantka Annie Sloan na zawsze zmieniła świat malowania mebli. Kiedy trzydzieści lat temu szukała odpowiedniej farby, którą mogłaby pomalować znaleziony na pchlim targu stolik, okazało się, że żadna z dostępnych na rynku firm, nie spełnia jej wymagań. Na podstawie zdobytej w czasie studiów artystycznych wiedzy na temat pigmentów w 1990 roku Annie stworzyła własną farbę i własną markę, znaną dziś na świecie jako Chalk Paint™. Kto by pomyślał, że zanim to się stało, była wokalistką w rockowym zespole Moodies?

„Byłyśmy bardziej szalone niż Bananarama, a naszymi fanami byli Mick Jagger i David Bowie!” – wspomina. Dziś Annie zaraża swoją energią i entuzjazmem do dekoracyjnego malowania. Jej farby do ścian są łatwe w użyciu i niezwykle wszechstronne. Można ich używać do malowania ścian, mebli, a nawet farbowania tkanin. Piękne kolory, które Annie uzyskała, inspirując się malarstwem swojego ulubionego artysty Paula Gauguina, można mieszać, rozjaśniać i przyciemniać, a woskami podkreślać starzejącą się strukturę drewna.

Annie zdecydowanie rozumie filozofię wabi-sabi. Kocha otaczać się przedmiotami z duszą, nadawać meblom nowy wymiar i czar. Swój dom we francuskiej Normandii sama urządziła i udekorowała, a każdy element, jaki w nim się znajduje, pomalowała własnymi farbami. To typowy stary, wiejski budynek z rustykalnymi wnętrzami. Annie chciała je ocalić. Dlatego zachowała nierówne ściany, schody ze starego drewna i miejscowe, francuskie meble, które tam zastała. O swoim miejscu potrafi opowiadać godzinami: „Mam we Francji stary wiejski dom, niewielki, ale wspaniały. Kiedy kupowaliśmy go z mężem ponad dwadzieścia lat temu, tylko na taki było nas stać. Uwielbiam go. I chociaż później moglibyśmy mieć większy, może bardziej interesujący pod względem architektonicznym, zostaliśmy tutaj. Dokonaliśmy w nim tylko kilku zmian, ponieważ nie chcieliśmy zamieniać go w elegancką rezydencję. Kocham prostotę, stare meble z historią… Testuję na nich wszystkie moje farby, zanim trafią do produkcji”.

Dziś farby Annie Sloan sprzedawane są za pośrednictwem niezależnych sprzedawców w blisko sześćdziesięciu krajach na całym świecie.

Rodzime wabi-sabi

Polacy coraz częściej poszukują czegoś więcej niż produkt masowy. W antykwariatach dostępne są albo wymuskane antyki, albo przedmioty nadające się na śmietnik. Często żal nam wyrzucać zniszczone meble, wolimy je odnowić i cieszyć się nimi przez kolejne lata. Z czego to wynika? Pewnie jest to rezultat naszej tragicznej historii. Ogrom ciekawych mebli uległ zniszczeniu podczas wojny, a w czasach Polski Ludowej nie było szacunku dla dobrego rzemiosła: stare meble niszczały zapomniane, a nowe – poza chlubnymi wyjątkami – były nieciekawe.

Dziś tradycja malowania starych mebli i nadawania im drugiego życia zaczyna się w Polsce powoli zakorzeniać. Cieszą takie szczere, nieudawane trendy w świecie wnętrz, które przywracają szacunek minionej historii… A zatem – żyjmy w zgodzie z filozofią wabi-sabi. Uczmy się od Japończyków nowej sztuki urządzania i pamiętajmy, że nie wszystko musi być nowe i perfekcyjnie wykonane.

ZNAJDŹ NAS: